Smoleńsk jeszcze raz od początku w skrócie
Początkowo wylot był planowany na godzinę 6.30, ale przed 10 kwietnia Kancelaria Prezydenta poprosiła o opóźnienie startu o pół godziny. Paweł Janeczek, szef ochrony Lecha Kaczyńskiego, zarezerwował na dojazd na Okęcie piętnaście minut. Limuzyna z głową państwa miała ruszyć z Krakowskiego Przedmieścia o 6.45.
Lech Kaczyński nie wyszedł jednak na czas-prezydenckie bmw wyjechało z Pałacu dopiero kilka minut po siódmej. „Pod samolot podjechaliśmy między godz. 7.15 a 7.20″ –
Czy samolot był dobrze przygotowany?
mechanicy zaczęli przygotowywać tupolewa o czwartej rano
Dokonano próbnego uruchomienia silników. „Ok. 5.10
Na życzenie Lecha Kaczynskiego, który miał kłopoty z doświadczonymi pilotami i ścigał ich karnie i dyscyplinarnie za niewykonywanie jego poleceń podczas lotu /vide lot do Gruzji w 2008r/, samolotem dowodził młody, świeżo awansowany kapitan. Gwarantowało to prezydentowi ze będzie bez przeszkód komenderował samolotem. Na pokładzie nie było rosyjskiego lidera-nawigatora bo zrezygnowała z jego usług strona polska wystosowując formalne pismo do Rosjan że załoga zna rosyjski język i procedury. Nieoficjalnie wiadomo ze minister Szczygło komentował ze Rusek nie będzie mu się pętał po samolocie. Start zaplanowano na 0600, jednak kancelaria prezydenta, aby się lepiej wyspać, przesunęła go na 0700.
Kapitan Protasiuk początkowo odmówił startu, gdyż nie otrzymał prognozy pogody ze stacji meteo. Start wymusił jednak dowódca Sił Powietrznych RP, protegowany Lecha Kaczyńskiego, gen. Błasik i to on a nie dowódca samolotu zameldował prezydentowi o gotowości samolotu do startu.
Ostatecznie samolot wystartował o 0727.
W trakcie lotu, kontroler z lotniska polowego Siewiernyj dwukrotnie, zupełnie jednoznacznie poinformował załogę ze nie ma warunków do lądowania i zasugerował jej udanie się na lotnisko zapasowe. Pilot powinien niezwłocznie to uczynic. Jednak czekał na decyzje prezydenta
Wdowa po Arturze Ziętku, który był nawigatorem w rozbitym tupolewie, zeznała, że mąż nie narzekał wprawdzie na atmosferę w pracy, ale na jedno się skarżył – na wspólne loty z generałem. „Błasik wchodził na pokład (…), po czym mąż zwalniał na polecenie gen. Błasika miejsce drugiego pilota i gen. Błasik leciał już jako drugi pilot (…). Taka sytuacja miała miejsce z pewnością kilka razy” – zeznała.
Pilot jaka-40 Rafał Kowaleczko stwierdził, że Błasik nigdy nie wywierał presji na pilotów. Jeśli czegoś chciał, to po prostu brał sprawy w swoje ręce. Dosłownie. „Panie poruczniku, pan siedzi na moim miejscu. Ja będę leciał” – miał kiedyś usłyszeć od niego Kowaleczko. „Tak zachowywał się tylko i wyłącznie gen. Błasik. Ja takich sytuacji miałem około trzech, w tym czasie siedziałem w przedziale pasażerskim. Gen. Błasik kazał mi opuścić fotel pilota jeszcze przed startem. I siedział na moim miejscu do momentu lądowania. Takie zdarzenia miały miejsce w 2008 i 2009. Były to loty do Dęblina i Malborka (…). Inni moi koledzy z jaka-40
Lot do Gruzii
Wdowa po kpt. Protasiuku: „Z rozmów z mężem wiem, że generał miał trudny charakter, był rozkazujący i apodyktyczny”. Inaczej niż Ewa Błasik opisała też incydent gruziński. Jej zdaniem generał nie tylko nie bronił wtedy pilotów, ale wręcz naciskał, by lądowali w Tbilisi.
Na koniec oddajmy jeszcze głos wdowie po dowódcy samolotu Magdalenie Protasiuk: „Znając mojego męża, mogę stwierdzić, że ta sytuacja nie była dla niego korzystna psychologicznie. (…) Chciałabym wiedzieć, co gen. Błasik robił w kabinie Tu-154″.
W podobnym duchu zeznawał przyjaciel Protasiuka, także były pilot (odszedł z jednostki, bo – jak mówi – bał się o własne życie): „Nie wiem, co się stało w Smoleńsku, dlaczego doszło do katastrofy. Myślę, że Arkadiusz był pod bardzo silną presją w czasie tego lotu.
9. Czy załoga pułku lądowała już wcześniej w warunkach takich, jak w Smoleńsku?
Tak. Według zeznań Lesława P., byłego pilota Tu-154, niegdyś pracującego w 36. pułku razem z kpt. Arkadiuszem Protasiukiem, do podobnego zdarzenia doszło w 2007 roku. „Pamiętam sytuację, że gdy mieliśmy lecieć po prezydenta do Gdańska, to mogło być jakieś trzy lata temu, również zdarzyło się nam lądować we mgle. Prezydenta mieliśmy odebrać w poniedziałek rano, a zapowiadali duże mgły w rejonie lotniska w Gdańsku. Pierwszym pilotem był płk Pietrzak. Lądowanie odbyło się poniżej minimum, tzw. widzialność pionowa była niższa niż 60 metrów. W takich warunkach lądowanie jest zabronione. Wówczas płk Pietrzak przepraszał nas, że narażał nasze życie. (…) Pamiętam też sytuację podczas jednego z lądowań, że nawigator, podając wysokość samolotu, w pewnym momencie przerwał podawanie, bo wstał z fotela, co jest niedopuszczalne, by zobaczyć ziemię. (…) Odszedłem do cywila, ponieważ czułem zagrożenie z powodu coraz mniejszego wyszkolenia załóg i obawiałem się o własne życie”. Ten sam pilot zeznawał też, że znane są mu przypadki fałszowania dokumentacji po niebezpiecznych lotach. „Nie wykluczam, że Protasiuk mógł schodzić samolotem poniżej dozwolonej wysokości. Z mojej pracy wiem, że wielokrotnie lądowano przy niższej widzialności, tj. poniżej 60 metrów. Wtedy wpisywano wartość minimalną, by nie narażać się na nieprzyjemności”.