W ubiegłym roku na świece odnotowano pierwszy od 11 lat spadek wydobycia złota. Co więcej, może to być początek nowego trendu, w ramach którego coraz mniej kruszcu będzie wyjeżdżać spod ziemi. Co to może oznaczać dla cen królewskiego metalu?
W 2019 roku kopalnie na całym świecie dostarczyły 3 463,7 ton złota – wynika z raportu Światowej Rady Złota (World Gold Council – WGC). To o 45,6 ton – czyli o 1,3% - mniej niż rok wcześniej.
To pierwszy spadek wydobycia złota od 2008 roku, kiedy to poziom dostaw z kopalni osiągnął wieloletnie minimum.
Według niektórych to początek długo oczekiwanego „peak gold”. Czyli wieloletniego maksimum wydobycia królewskiego metalu. Zatem po osiągnięciu „peaku” wydobycie złota przez wiele kolejnych lat powinno systematycznie spadać. Jednakże na razie wiemy tylko tyle, że przez ostatnią dekadę podaż złota rosła. W roku 2018, gdy odnotowano rekord wydobycia (ponad 3,5 tys. ton), kopalnie dostarczyły na rynek o połowę więcej żółtego metalu niż 10 lat wcześniej.
Problem w tym, że „peak gold” był przez ostatnie lata ogłaszany wielokrotnie przez licznych ekspertów, którym nie można odmówić ani wiedzy, ani doświadczenia. Przykładowo, w ubiegłym roku o osiągnięciu maksymalnego poziomu wydobycia mówił Ian Telfer, prezes firmy wydobywczej Goldcorp.
- Przez całe moje życie, wydobycie złota rosło całkiem stabilnie przez 40 lat. Więc w tym lub następnym roku ono zacznie maleć, już maleje – mówił Telfer w wywiadzie dla „Financial Post”. Rok wcześniej o nadchodzącym kresie spadku wydobycia opowiadał Randall Oliphant, przewodniczący Światowej Rady Złota, a wtórował mu Pierre Lassonde, szef firmy Franco-Nevada.
Cykliczność długodystansowca
Patrząc na sprawę w znacznie dłuższym horyzoncie czasowym widzimy, że coś takiego jak „peak gold” zdarza się… cyklicznie. W XX wieku odnotowaliśmy trzy wieloletnie szczyty wydobycia złota. Pierwszy w roku 1912, po którym wydobycie malało przez następną dekadę. Następny w 1940, gdy dostawy spadały przez resztę II wojny światowej. I wreszcie ten z roku 1970, gdy wzrost wydobycia powrócił dopiero po dekadzie. Ostatnim był rok 2001, po którym z regresem produkcji mieliśmy do czynienia przez kolejne 7 lat.
Jeśli historia miałaby tu być jakąś wskazówką, to okres malejącego wydobycia może trwać 5-10 lat. Oraz że ta cykliczność nie bierze się znikąd. Proces od znalezienia złoża do rozpoczęcia jego przemysłowej eksploatacji trwa lata. Gdy ceny złota są wysokie, inwestorzy chętnie wykładają pieniądze na nowe projekty górnicze. Firmy dopiero poszukujące kruszcu potrafią być wyceniane na grube miliony. Geolodzy mają więc kasę na poszukiwania nowych złóż, a potem inżynierowie mają za co budować kopalnie. To nie przypadek, że światowe wydobycie złota zaczęło gwałtownie rosnąć od 1980, w którym to roku ceny metalu osiągnęły niepobity do dziś w kategoriach realnych rekord 850 USD/oz.
Eksplozja wydobycia złota z lat 80-tych i 90-tych XX wieku była właśnie pochodną hossy z lat 70-tych, gdy ceny kruszcu poszły w górę z 35 USD do 850 USD za uncję. Podobnie jak fala rosnącej produkcji z poprzedniej dekady, gdy uruchamiane były kopalnie, na których budowę decydowano się przy niskich kosztach wydobycia i cenach złota podchodzących pod 2000 USD za uncję.
Tymczasem w latach 2012-15 kurs złota spadł w pobliże tysiąca dolarów za uncji, a koszty wydobycia drastycznie wzrosły. Firmy wydobywcze przycięły więc do kości wydatki inwestycyjne i zaniechały poszukiwań nowych złóż czy uruchamiania dodatkowej produkcji. Przez ostatnie lata robiono coś wręcz przeciwnego: wycinano najdroższe operacje, aby obniżyć koszty jednostkowe i ratować rentowność spółek wydobywczych. Ale efekt inercji w postaci wchodzenia na rynek wcześniejszych inwestycji sprawiał, że wydobycie wciąż rosło.
Aby lepiej zrozumieć ten proces, warto spojrzeć na wykres AISC (ang. all-in sustaining costs). Czyli całościowych kosztów wydobycia jednej uncji złota. Według danych WGC w III kwartale 2019 roku wynosiły one w całej branży średnio niemal 1000 USD/oz. Czyli całkiem nieźle przy cenach kruszcu podchodzących pod 1600 USD/oz. Ale siedem lat temu nie było tak różowo. AISC przekraczał 1200 USD/oz. przy cenie złota wahającej się między 1180 USD a 1380 USD/oz. To właśnie wtedy zapadały decyzje o wstrzymaniu nakładów inwestycyjnych na projekty, które dziś mogłyby zastąpić wyczerpywane właśnie złoża.
Czy szczyt wydobycia zapowiada szczyt cen?
Zatem nikt nie powinien być zdziwiony, jeśli w najbliższych latach wydobycie złota będzie spadało. Ale czy to oznacza, że ceny złota wystrzelą w stratosferę? Otóż niekoniecznie. A nawet jeśli tak się stanie, to raczej nie z powodu niższego wydobycia.
A to dlatego, że złoto jest metalem absolutnie wyjątkowym. Złota praktycznie nie zużywa się w procesie produkcyjnym, jak to ma miejsce w przypadku wielu innych surowców (np. ropy naftowej, pszenicy, bawełny, etc.). Niemal całe złoto wydobyte od początku ludzkiej cywilizacji wciąż jest potencjalnie dostępne na rynku. Szacuje się, że przez ostatnie pięć tysięcy lat ludzkość wydobyła spod ziemi jakieś 197 tys. ton kruszcu.
Zatem bieżące wydobycie (w skali ok. 3,5 tys. rocznie) stanowi raptem 1,8% całkowitej podaży królewskiego metalu. Nawet gdyby jutro wszystkie kopalnie zostałyby zamknięte, to złota by nie zabrakło. Tyle że jego cena musiałaby się stać na tyle atrakcyjna, aby skłonić do sprzedaży posiadaczy złota. A to znajduje się w posiadaniu niemal 8 mld Ziemian. Szacuje się, że blisko połowa kiedykolwiek wydobytego złota (czyli ok. 92 tys. ton) noszona jest jako biżuteria. Kolejne 41 tys. ton to prywatnie zgromadzone złote sztabki i monety.
Dlatego też złota nie zabraknie z powodu spadku wydobycia w kopalniach. Obecne „zapasy” tego surowca są w stanie zaspokoić nawet popyt wielokrotnie większy niż obecny. To tylko kwestia ceny samego metalu. A na tą z kolei największy wpływ na popyt. Zwłaszcza popyt inwestycyjny, który uzależniony jest od preferencji milionów inwestorów na całym świecie. Dlatego też kwestia wielkości obecnego wydobycia odgrywa czwartorzędną rolę w kształtowaniu się cen złota.


























































