Historia marki Gerlach jest od 250 lat związana z tradycją polskiego stołu. Wszystko zaczęło się w 1760 roku, kiedy to Filip Szaniawski założył fabrykę, w której produkowano noże. Sześćdziesiąt lat później dzięki umiejętnościom i wiedzy patrona marki, Samuela Gerlacha, produkowane w fabryce ostrza zyskały sobie uznanie i rozgłos. Szczególnym wyróżnieniem było nadanie przez cara Mikołaja I prawa do cechowania produktów marki znakiem korony, która do dziś jest symbolem firmy. Obecnie Gerlach proponuje klientom szeroką gamę produktów, bez których nasz stół byłby bardzo ubogi. O teraźniejszość i przyszłość firmy zapytaliśmy jej prezesa, Jarosława Dziwisza.
Jak to się stało, że firma Gerlach, mająca tak znaną markę i historię stanęła w pewnym momencie na skraju bankructwa?
Tak się niestety dzieje w wielu przypadkach, gdy podmiot nie ma zdefiniowanego właściciela. Nikt tak naprawdę się nie przejmuje brakiem zysków w firmie, która jest państwowa, a więc niczyja. Skazana jest na trwanie, a de facto cofa się, gdyż rynek cały czas dynamicznie podąża naprzód. Tak przez długi czas było z Gerlachem. Jego kolejne zarządy nie miały pomysłu na wykorzystanie brendu.
Jak Pan dokonał tego, że w ciągu kilku lat firma przynosząca straty stała się wiodącym graczem w branży?
Przede wszystkim uporem i ciężką pracą u podstaw. Kiedy objąłem stanowisko prezesa, z całej oferty Gerlacha tylko nieliczne pozycje nadawały się do sprzedaży. Cała reszta to były projekty z poprzedniej epoki, których nikt nie chciał kupować. Postawiłem więc na wzornictwo, na nowe modele, rozszerzenie asortymentu. Dzisiaj nasza oferta to nie tylko sztućce i noże. W 2002 roku przeprowadziliśmy bowiem badania rynku. Okazało się, że gro osób kojarzy markę Gerlach szerzej – z wyrobami ze stali nierdzewnej. Stąd pomysł na rozszerzenie asortymentu o garnki, ale także porcelanę i szkło. Tak naprawdę to sami klienci podpowiedzieli, czego oczekują od firmy. W zamian dostali kompletną ofertę produktów na stół i do kuchni. Nasze projekty dobieramy ze smakiem i umiejętnie wpasowujemy się w gusta naszych klientów, o czym świadczy ogromne nimi zainteresowanie ze strony rynku.
No właśnie, postanowiliście zróżnicować ofertę, ale także wprowadzić nowe marki – Heywood i Henniger...
Było to związane z dziedzictwem firmy Gerlach, która kojarzy się z czymś bardzo tradycyjnym. W ramach tej marki nie mogliśmy więc pozwolić sobie na większe szaleństwa w stylistyce, tak poszukiwane przez ludzi młodych. Dlatego powstała marka Heywood, która jest kolorowa, odważniejsza w formach. Wzory tu występujące kompletnie nie przystają do szacownego Gerlacha, traktowanego niemal jako dobro narodowe. Natomiast Henniger wziął się, można powiedzieć, z targu staroci. Jestem stałym gościem pchlich targów, na których wypatruję ciekawych przedmiotów polskich marek, które odeszły w zapomnienie. Jedną z nich był właśnie Henniger, który dawniej oferował srebra rodowe i dostarczał swoje produkty m.in. na królewskie stoły. Później przez wiele lat był marką bezimienną, bez tożsamości. Postanowiliśmy ją odświeżyć i sygnować nią produkty z najwyższej półki. Udało się nam. Zarówno nasz, jak i rosyjski rynek, znakomicie przyjęły kilka dotychczasowych kolekcji Hennigera.

To prawda, że prywatnie kolekcjonuje Pan starą porcelanę?
W moim kredensie znalazłoby się z pewnością kilka szacownych sztuk porcelany. Jednak bardziej pasjonuje mnie broń biała. Zawsze, będąc na giełdzie staroci, staram się znaleźć coś ciekawego, nowego do mojej kolekcji, która liczy już parędziesiąt egzemplarzy. Zwłaszcza pasjonują mnie bagnety sprzed II wojny światowej.
Można chyba powiedzieć, że to hobby równie ostre jak noże Garlacha. Słyszałem też coś o myślistwie...
Poluję, choć jest to najmłodsza z moich pasji. Przez ponad dwadzieścia lat uprawiałem natomiast sztuki walki.
Jak rozpoczęła się Pana przygoda z Gerlachem? Wcześniej zajmował się Pan zupełnie inną branżą...
Pracowałem w przemyśle ciężkim, wydobywczym. Pewnego dnia dostałem propozycję objęcia prezesury w firmie Gerlach. Przyjąłem to wyzwanie. Zbiegło się to z dniem moich urodzin, więc można powiedzieć, że zarządzanie firmą dostałem w urodzinowym prezencie. Dotychczasowe efekty wskazują na to, że moja wspólna przygoda z Gerlachem przebiega bardzo przyjemnie.
Z firmy na skraju bankructwa uczynił Pan przedsiębiorstwo wybierające się na giełdę...
Taki był plan już w zeszłym roku. Jednak ze względu na kryzys musieliśmy odsunąć w czasie realizację tych zamiarów.
Jakie są więc najbliższe plany?
W planach mamy odświeżenie wizerunku naszej głównej marki. Chcemy by Gerlach był lepiej rozpoznawalny wśród ludzi młodych. Z naszych badań wynika, iż najlepiej wypadamy wśród czterdziestolatków i osób starszych. Liczymy, że uda się dotrzeć także do świadomości dwudziestopięciolatków tak, aby każdy młody człowiek wchodzący w dorosłe życie wiedział, co to jest Gerlach i czego może oczekiwać po tej marce. By nie kojarzyła się mu ona wyłącznie z uroczystym obiadem u rodziców, ale także z codziennymi posiłkami w mniej zobowiązującym gronie. Wraz z partnerami handlowymi wdrażamy także projekt zestandaryzowanych autoryzowanych punktów sprzedaży. Sposób prezentowania produktów będzie w nich niemal identyczny, a i ceny nie powinny różnić się w istotny sposób, bez względu na lokalizację. Chcemy też, by klient wiedział, że kupując u autoryzowanego partnera otrzymuje wraz z produktem wartość dodaną – dożywotnią gwarancję oraz odpowiednią obsługę posprzedażową. Dla klientów, którzy stawiają na jakość, jest to niezmiernie ważne.
Jaką macie konkurencję? Wiele polskich firm tej branży upadło.
Gerlach jest w tej chwili jedną z nielicznych firm produkcyjnych w Europie. Cała reszta to importerzy, sprowadzający towar głównie z Azji. Jednak jak na razie znakomicie sobie z tą konkurencją radzimy. Nasze rynki zbytu, oprócz krajowego, to przede wszystkim Wschód – klienci zza byłej żelaznej kurtyny znają dobrze naszą markę. Produkty Gerlacha pojawiają się więc na stołach w Rosji, na Białorusi i Ukrainie, ale także w Meksyku, RPA i Tajlandii. Zamówienia z tych krajów są coraz większe.
Na tych rozmaitych rynkach konkurujecie jakością czy ceną?
Efektem naszego sukcesu jest zdecydowanie jakość. Cenowo nie jesteśmy w stanie dogonić produktów z rynku chińskiego. Jednak jak widać, są rynki, na których w dalszym ciągu stawia się na jakość.
Jakie produkty na stół i do kuchni mają Pana zdaniem najlepszą przyszłość? Które będą się cieszyć największym powodzeniem?
Zauważyliśmy, że 60-70 proc. osób kupujących nasze produkty robi to z myślą o zrobieniu komuś prezentu. To w związku z tym postanowiliśmy zastosować odpowiednie do tego celu opakowania, dostosowane do rozmaitych okoliczności, z okazji których nasze produkty są wręczane. Ale przede wszystkim dbamy, aby to co oferujemy było najwyższej jakości. Gerlach zawsze stawiał na jakość, był z nią kojarzony i zrobimy wszystko, aby tak też było w przyszłości.
rozmawiał: Maciej Kocuj



























































