Dzisiejsza sytuacja na rynkach surowcowych może być impulsem prowokującym kryzys na miarę tego rozpoczętego w 2008 r. Takich głosów pojawia się coraz więcej, bo blokada Cieśniny Ormuz trwa, a zapasy ropy szybko kurczą. Sierpień ma być momentem kulminacyjnym, po przekroczeniu którego niemożliwe będzie dalsze amortyzowanie szoku podażowego. Konsekwencje fizycznego braku ropy na rynku odczują wszyscy, bo to surowiec obecny w łańcuchach dostaw ogromnej liczby branż.


Według analizy firmy Rapidan Energy Group, blokada cieśniny Ormuz trwająca do sierpnia zwiększa ryzyko spowolnienia gospodarczego na skalę zbliżoną do tej z 2008 roku. Wcześniej w podobnym tonie wypowiadał się miliarder Ken Grifiin, założyciel funduszu Citadel, zarabiający na zajmowaniu pozycji po odpowiedniej stronie rynku. Według niego utrzymanie blokady przez okres od 6 do 12 miesięcy wywoła nieuniknioną recesję w skali światowej o sile porównywalnej z tą, jaka była następstwem kryzysu finansowego z 2008 roku.
Przypomnijmy, że załamanie na rynkach finansowych w drugiej połowie 2008 r. sprawiło, że światowy realny wzrost PKB w 2008 r. wyniósł ok. 2,0–2,1 proc., co oznaczało znaczne spowolnienie względem ponad 4 proc. z lat 2005–2007. Skutki kryzysu z pełną mocą objawiły się dopiero w 2009 rok, który był pierwszym w powojennej historii (od zakończenia II wojny światowej), kiedy globalny PKB odnotował spadek w ujęciu rocznym o 1,3-1,4 proc.
Przy czym gospodarki rozwinięte doświadczyły głębokiej recesji ze spadkiem PKB o ok. 3,4 proc., a gospodarki rozwijające się zaliczyły potężne hamowanie z poziomu około 8,2 proc. wzrostu PKB w 2007 r. do 1,6 proc. -1,7 proc. w 2009 r. Gorzej po II wojnie światowej było tylko w 2020 r. gdy świat ogarnęła pandemia Covid-19.

Wracając do bieżącej sytuacji, jeszcze na początku marca, gdy wojna dopiero się zaczynała, badanie przedstawione przez Fed z Dallas wskazywało, że blokada Ormuz przez pół roku (dwa kwartały) obniży roczny globalny wzrost PKB o 0,3 punktu procentowego. Ale już w przypadku przedłużającego się konfliktu i blokady co najmniej do końca 2026 roku (trzy kwartały) obniży roczny wzrost gospodarczy aż o 1,3 punktu procentowego.
Według prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego jeszcze sprzed wybuchu wojny i przede wszystkim blokady Cieśniny Ormuz światowy wzrost gospodarczy (PKB) w 2026 r. miał wynieść 3,3 proc. (później w kwietniu zrewidowany do 3,1 proc.). Scenariusz spowolnienia o 1,3 punktu procentowego przy takich dynamikach oznacza duży makroekonomiczny szok w skali globalnej.
Dlaczego tradycyjne porównania zawodzą
Próby zrozumienia obecnej sytuacji często sprowadzają się do przywoływania historycznych szoków naftowych, w szczególności tych z lat 70. XX wieku. Jednak analitycy sugeruje, że takie zestawienia mogą być mylące i prowadzić do zbyt optymistycznych wniosków. Podczas gdy kryzysy z 1973 i 1979 roku opierały się na ubytku podaży rzędu kilku procent, obecny paraliż Cieśniny Ormuz odciął dopływ blisko jednej piątej globalnego wolumenu ropy oraz znaczących ilości skroplonego gazu ziemnego.
Warto również zauważyć, że w przeciwieństwie do minionych dekad uszkodzeniu uległa infrastruktura. W latach 70. XX wieku zdolności przesyłowe rurociągów, portów, rafinerii, czy zwykłych tankowców nie były celem zmasowanych ataków. Teraz świat nie tylko zmaga się z wysokimi cenami, ale stoi w obliczu fizycznego braku surowca, którego nie da się zastąpić prostym zwiększeniem wydobycia w innych regionach. Gospodarka wchodzi w fazę reglamentacji energii, co na razie najlepiej widać w Azji, najbardziej uzależnionej od surowców z zatoki Perskiej i to nie tylko energetycznych.
Warto zwrócić też uwagę na jeszcze jeden ciekawy aspekt, który zamazywał pełny obraz. Gwałtowny wzrost eksportu z regionów spoza Zatoki Perskiej oraz drastyczne cięcia zakupów przez główne kraje azjatyckie (sam import Chin spadł o 6,6 miliona b/d, a tamtejsze rafinerie odsprzedawały ładunki m.in. z Afryki Zachodniej) tymczasowo zamaskowały fizyczny niedobór.
To ograniczenie popytu miało jednak charakter ostrożnościowy i spekulacyjny, a nie strukturalny. Pod powierzchnią pozornej stabilizacji kryje się rekordowe tempo kurczenia się zapasów, ropy w drodze, czyli tej na rynki fizycznym. Mówią o tym wyliczenia Goldman Sachs wskazujące na majowy drenaż na poziomie 8,7 miliona b/d, a już wyjście Zjednoczonych Emiratów Arabskich z kartelu OPEC+, (jedynego kraju, obok Iranu i Arabii Saudyjskiej mającego dostęp do Zatoki Perskiej i do otwartych wód niezależnych od sytuacji w cieśninie Ormuz) zwiększa ryzyko jeszcze większej zmienności cen i chaosu decyzji dotyczących podaży. ZEA już przyspieszają budowę drugiego rurociągu, aby ominąć Ormuz.
Ropa, gaz i cała reszta
Trzeba też podkreślić jeszcze dwa wątki w kontekście możliwości spowolnienia gospodarczego. Poza brakami surowców energetycznych napędzających współczesną gospodarkę problemem są też globalne deficyty wielu kluczowych surowców przemysłowych, takich jak siarka, hel czy aluminium nie zapominając o szerokiej gamie produktów ropopochodnych jak plastik czy asfalt. Funkcję we współczesnej gospodarce opisał Krzysztof Kolany w artykule „Cieśnina Ormuz to nie tylko ropa i gaz. To wąskie gardło światowego przemysłu”.
Bliżej przyjrzyjmy się następnemu wątkowi, którym jest przenikanie wysokich cen surowców do różnych gałęzi gospodarki, na pierwszy rzut oka niemających wiele wspólnego z takimi krajami jak Arabia Saudyjska, Iran, Katar, Irak, czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Bo kto rolnictwo, branżę budowlaną, kosmetyczną czy wysokotechnologiczną branżę układów pamięci wiąże z krajami Zatoki Perskiej?
A jednak. Wstrzymanie działalności przez Qatar Energy usunęło z rynku ok. 1/3 globalnej podaży helu – pierwiastka, bez którego produkcja układów pamięci stoi pod znakiem zapytania. Wymagają one więcej helu niż np. chipy, Z kolei te muszą mierzyć się z brakami rozcieńczalników (np. octan eteru czy mleczan etylu), które są używane w całym procesie drukowania obwodów na waflach krzemowych, będących fundamentem chipów. Najwięksi gracze w branży, tacy jak TSMC, Samsung czy SK Hynix, zdążyli zgromadzić zapasy pozwalające im przetrwać kilka miesięcy. Firmy zmuszone są do ratowania się recyklingiem zużytych materiałów oraz droższym importem z USA i Kanady.
Jeśli wysokie technologie nie dla każdego są wystarczająco blisko życia codziennego (ale kto dziś nie korzysta ze smartfona?) to już branża dóbr szybkozbywalnych (FMCG) jak najbardziej. A tu w grę wchodzi kwestia tego, że 99 proc. konwencjonalnych tworzyw sztucznych powstaje z surowców petrochemicznych pochodzących z destylacji ropy naftowej i gazu. Gwałtowny skok cen ropy automatycznie podnosi koszty produkcji polietylenu, polipropylenu i żywic PET.
Sektor opakowań natychmiast przenosi te koszty na producentów w branży kosmetycznej płacących znacznie więcej za tubki, słoiczki, buteleczki. Nie mówiąc już o cenach żywności dla niemal każdego marketu pakowanej w folie, cenach napojów w butelkach PET czy chemii gospodarczej. Japońska firma Calbee swoje chipsy zaczęła pakować w czarno-białe opakowania. Powód? Niedobory nafty, która jest kluczowym surowcem do produkcji tuszu. Tam, gdzie takie cięcia nie są możliwe, ceny rosną niezależnie od samych kosztów składników spożywczych czy chemicznych.
A i tu przecież nie ma dobrych wiadomości, bo wpływ blokady na sektor rolniczy ma charakter krytyczny ze względu na powiązanie produkcji nawozów sztucznych z gazem ziemnym. Koszty gazu stanowią od 70 proc. do 90 proc. kosztów produkcji amoniaku. Blokada i zniszczenia infrastruktury produkcyjnej w Katarze i Iranie doprowadziły do natychmiastowego ubytku blisko 12 proc. światowej podaży nawozów azotowych.
Goldman Sachs Research wskazuje na dwa bezpośrednie skutki tego zjawiska dla rolnictwa: opóźnione lub zmniejszone nawożenie przełoży się na niższe plony, a po drugie wysokowydajne uprawy jak np. kukurydzy, ustępują miejsca na rzecz roślin bardziej efektywnych pod względem zużycia azotu (np. soja), co przekłada się na jakość hodowli zwierzęcej, gdzie kukurydza jest głównym elementem paszy.
Skoro mowa o wikcie, to nie zapomnijmy o opierunku, choć nie o utrzymywanej w czystości odzieży będziemy mówić, ale o miejscu, gdzie to robimy, czyli dachu nad głową. Presja inflacyjna, która z powyższego sączenia się wysokich cen surowców energetycznych przenika głęboko do różnych branż gospodarki, oddziałuje także na rynek nieruchomości. Obawy o wyższe stopy procentowe np. Rezerwy Federalnej już przekładają się na koszty kredytów hipotecznych, mimo że stopy jeszcze nie zmieniono przez ich bezpośrednie i ścisłe powiązane z rentownościami obligacji skarbowych.
Z perspektywy konsumenckiej analitycy wprost wskazują, że na stole leżą wszystkie opcje – od spowolnienia po recesję. Nie zapominajmy też, że uderzenie rosnących cen przy jednoczesnym tłumieniu popytu prowadzi do stagflacji, z której wyjście jest wyjątkowo trudne. Stanowi ona jeden z największych koszmarów dla banków centralnych, łączących dwa przeciwstawne problemy: wysoką inflację oraz stagnację gospodarczą.
Historyczne szoki naftowe (z 1973, 1979 i 1990 r.) za każdym razem spychały rozwinięty świat w problemy gospodarcze, a to głęboko zakorzenione przeświadczenie w umysłach zwykłych ludzi, że braki ropy i jej wysokie ceny oznaczają problemy z koniunkturą, jest niezwykle istotne z psychologicznego punktu widzenia. Ludzie wstrzymują swoje działania i odkładają plany życiowe oraz finansowe na później, a taka zmiana zachowania konsumentów podyktowane samym tylko strachem potrafi wyrządzić gospodarce i indywidualnym ludziom więcej szkód niż fizyczna cena ropy.
Zegar odmierza czas, zapasy ropy się kurczą
Zarysowany na początku scenariusz spowolnienia i nawet recesji, o której mówi raport Rapidan Energy czy opinia Kena Griffina, opierają się na fizycznym braku surowca na rynku (cena będzie tylko konsekwencją). Czas, jaki pozostał, by odczuć ten brak, jest coraz krótszy. Wspomniane przez Goldman Sachs globalne kurczenie się zapasów ropy i paliw w rekordowym tempie aż 8,7 miliona baryłek dziennie (tempo niemal dwukrotnie wyższe niż średnia z początku konfliktu) to "zegar" który odmierza czas.
JPMorgan Commodities Research, przedstawia dramatyczny i rekordowo szybki spadek całkowitych widocznych globalnych zapasów ropy naftowej (wyrażonych w miliardach baryłek). Poziom stresu operacyjnego to 7,6 miliarda baryłek. Oznaczony żółtą linią poziom, który przy obecnym tempie drenażu zostanie osiągnięty już w czerwcu 2026 roku. Oznacza on wejście rynku w stan ekstremalnego napięcia logistycznego, gdzie komercyjne rezerwy zaczynają drastycznie ograniczać elastyczność dostaw.
Oznaczony czerwoną linią próg krytyczny według analityków JP Morgan to absolutne minimum operacyjne wymagane do tego, aby rurociągi przesyłowe mogły utrzymać ciśnienie i fizycznie funkcjonować. Według prognozy poziom ten zostanie przekroczony we wrześniu 2026 roku. Z kolei Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej (EIA) szacuje, że komercyjne zapasy w krajach OECD oraz kluczowych hubach magazynowych mogą spaść poniżej minimalnych poziomów operacyjnych w sierpniu. Na uwagę zasługuje przypadek USA, czyli prowodyra obecnej sytuacji.
Analitycy wskazują, że przy utrzymaniu obecnego tempa ubytku amerykańskich (w tygodniu kończącym się 15 maja odnotowano spadek o 9,9 miliona baryłek, co było największym tygodniowy, ubytkiem rezerw strategicznych w historii USA), rezerwy przekroczą certyfikowany przez Departament Obrony "bezpieczny próg" w połowie sierpnia. Spadek poniżej tego poziomu ograniczy zdolność USA do reagowania i zagrozi zapleczu militarnemu kraju.
Wstrząs jest jednak asymetryczny, bo u producentów znad Zatoki Perskiej zapasy rosną do maksymalnych limitów operacyjnych. Z analizy J.P. Morgan wynika, że regionalne zdolności magazynowe producentów znad Zatoki Perskiej szacowane są na zaledwie 25 dni. Zatrzymanie odwiertu naftowego, który normalnie działa pod gigantycznym ciśnieniem, niesie za sobą ogromne ryzyko technologiczne. Nagły spadek przepływu i zmiany ciśnienia w złożu mogą doprowadzić do uszkodzeń odwiertu, zniszczenia struktury skał, a w skrajnych przypadkach – do trwałej utraty zdolności produkcyjnych.
Jednym słowem trudno o optymizm, bo zegar odmierzający czas do początku prawdziwych problemów, których nie da się przykryć zgromadzonymi rezerwami, wskazuje na coraz mniej czasu, aby rozwiązać obecny kryzys. Jedyną realną drogą do zażegnania kryzysu i uniknięcia globalnego załamania gospodarczego pozostaje nie tylko rozejm między USA Iranem, ale przede wszystkim otwarcie Cieśniny Ormuz.

























































